Lęki
- Mariola Szyszkiewicz
- 17 lis
- 2 minut(y) czytania
✨ Czego najbardziej boją się kobiety
Kobiety boją się zdrady, bo niszczy fundament zaufania. Boją się braku miłości, bo bez niej życie traci barwy. Boją się śmierci najbliższych – a śmierć dziecka jest lękiem granicznym, którego nie da się oswoić. To doświadczenie, które rozrywa serce i odbiera sens, bo w naturalnym porządku świata dziecko powinno żyć dłużej niż matka. Śmierć dziecka jest jak wyrwanie korzenia – pozostawia pustkę, której nic nie wypełni. To lęk, który nie znika, nawet jeśli życie toczy się dalej.
Kobiety boją się samotności. Nie tej chwilowej, ale samotności, która staje się stanem. Samotności w tłumie, w rodzinie, w małżeństwie. Samotności, która mówi: „nikt mnie nie rozumie, nikt mnie nie słyszy”. To lęk, że człowiek pozostaje niewidzialny, że jego obecność nie ma znaczenia.
Jednym z najtrudniejszych doświadczeń jest depresja poporodowa. Kobieta ma wysniony obraz macierzyństwa – wyobraża sobie, że będzie dobrą matką, że dziecko stanie się źródłem szczęścia. Tymczasem rzeczywistość bywa brutalna: dziecko dużo i głośno płacze, nie daje się uspokoić, brak snu odbiera siły, a huśtawka hormonów pogłębia chaos. Kobieta zaczyna czuć niechęć do dziecka, a wraz z tym pojawia się poczucie winy: „nie nadaję się na matkę”. Każdy dzień staje się walką – z własnym ciałem, z własnymi emocjami, z oczekiwaniami otoczenia. Depresja poporodowa nie jest kaprysem ani chwilowym smutkiem – to stan, który odbiera poczucie wartości i sprawczości. To dramat, bo zamiast radości z narodzin pojawia się przekonanie, że wszystko jest pomyłką. I właśnie dlatego tak ważne jest, by mówić o tym głośno – bo milczenie tylko pogłębia pustkę.
Do tego dochodzą lęki codzienne: przed zwolnieniem z pracy, przed brakiem pieniędzy, przed chorobami, które wydrenują człowieka z poczucia sprawczości, opróżnią serce i portfel. To troski przyziemne, ale nieustanne – jeśli niczym nie są przerywane, prowadzą do wypalenia.
A wypalenie otwiera drzwi do pustki. Pustka nie jest ciszą – jest stanem bagiennym. Człowiek zostaje wyzuty z aktywności, z normalnego biegu życia. Pojawia się chaos, prokrastynacja, zanika organizacja codziennych spraw. Obowiązki nie są wypełniane, a wraz z tym znika poczucie bezpieczeństwa. Zakłócona zostaje możliwość identyfikacji ze sobą – człowiek nie wie już, kim jest. Pustka pokazuje nasze podbrzusze – lęk przed odrzuceniem. To błędne koło, w którym człowiek zrobiłby wszystko, by to się skończyło.
Nie ma prostych recept ani prostych słów. Leczą tabletki, leczy psychoterapia, leczy drugi człowiek, który się pochyla. Kiedy ktoś się nad nami pochyla, zaczyna się proces zdrowienia. I odwrotnie – kiedy my pochylamy się nad pustką drugiego człowieka, stajemy się dla niego początkiem światła.
To jest prawda polemiczna: psychiatria nie zna prostych rozwiązań, nie ma uniwersalnych formuł. Każdy przypadek jest inny, każdy człowiek doświadcza pustki inaczej. Dlatego najważniejsze jest uznanie tej złożoności i odrzucenie pokusy prostych odpowiedzi.
I dopiero tutaj, na końcu, można powiedzieć o Dobrej Nowinie. Nie jako laurce, nie jako łatwym pocieszeniu, ale jako innej bajce – bajce, która staje się rzeczywistością. Bo pustka nie jest końcem. Tam, gdzie człowiek czuje się balastem, Bóg mówi: „Jesteś mój. Nie jesteś odrzucony.” Tam, gdzie człowiek nie ma siły, On daje obecność, która nie jest teorią, ale dotknięciem.
Dobra Nowina mówi: „Nie jesteś sam. Jesteś umiłowany.” I to jedno zdanie wystarczy, by pustka przestała być przepaścią, a stała się początkiem nowego życia.


Komentarze